PRZEKAŻ 1% TWOJEGO PODATKU

KLIKNIJ I DOFINANSUJ POMOC
WEŹ UDZIAŁ W PMM AKCJA SOS
WPŁAĆ DOWOLNĄ KWOTĘ NA KONTO

Relacja lekarki PMM z Chios

Relacja lekarki PMM z Chios

Wróciłam z Chios kilka dni temu. Dużo przeżyć, dużo emocji, ale jedna myśl natrętnie wraca. Dlaczego Polska nie chce przyjąć uchodźców? To pytanie zadał nam Vasilis, grecki koordynator, który spotkał się z nami i wprowadził nas w temat. Nie oczekiwał na nie odpowiedzi. Po prostu uważał, że człowiek powinien pomagać drugiemu człowiekowi, to powinność mieszkańca Europy - zwłaszcza kiedy ma się tak dużo na sumieniu. Przytaczał przykłady zbrodni Europejczyków na ludności Afryki czy Azji: masakry w Algierii - sprawcą Francja, ludobójstwo w Kongo - sprawcą Belgia, ludobójstwo w Namibii - sprawcą Niemcy, obozy koncentracyjne w Kenii - sprawcą Wielka Brytania, ludobójstwo w Rwandzie - winni: Belgia i Francja. On przyjechał tutaj na kilka tygodni, został już dwa lata. Nie wyobraża sobie zostawić tych ludzi i wrócić do wcześniejszego, beztroskiego życia. Powoli poznajemy resztę ekipy, wszyscy zostawili swoje rodziny, miejsca pracy, przyjechali tu na Chios pomagać uchodźcom. Grecy, Hiszpanie, Irlandczycy, Szwed….

Przyjeżdżamy w dość dobrym momencie, kilka tygodni wcześniej udało się przenieść ponad 700 osób na kontynent. W obecnej chwili w obozie jest 1200 osób. Jesteśmy w tym momencie jedynym zespołem medycznym w obozie. Pomaga nam Akis, wspaniały Grek, pielęgniarz i koordynator medyczny. Zgłaszamy mu sytuacje kiedy ktoś wymaga wyjątkowej pomocy - na przykład leku, którego nie ma, ortezy, wizyty u specjalisty, bo potrzebuje okularów (widzi tylko do metra, a chodzi do szkoły). Albo, że dziewczyna, która przyszła z bólem serca, po prostu się boi, bo została sama w karawanie z obcymi osobami. Przypłynęła z dwiema siostrami, ale one są w ciąży i zostały przeniesione do lepszego miejsca, bardziej ciepłego i suchego, a ona się już tam nie zmieści. Widzimy jak Akis marszczy brwi i niby rozkłada ręce, ale już widzę, że zaczyna myśleć, gdzie by to załatwić. Raz byliśmy świadkami jak podniósł głos i zmusił karetkę do przyjazdu, choć próbowano odmówić. Powoli wchodzimy w rytm przyjmowania pacjentów. Matka z chorym dzieckiem, niby jednym, ale za chwilę okazuje się, że choruje cała trójka jej dzieci, a na koniec jeszcze matka nieśmiało prosi o zbadanie. Wszystko trwa - najpierw sprawdzanie dokumentów, potem próba zebrania wywiadu, czasami musi w tym uczestniczyć kilka osób, bo jak mówi w farsi, to ktoś to tłumaczy na arabski, potem angielski i polski i pytanie z powrotem. A czasami nie ma tłumacza i wtedy próbujemy na migi. Mój syn Andrzej, też lekarz, który był tam ze mną, trochę mówi po arabsku, widać radość w ich oczach jak słyszą od lekarza ojczysty język. Nagle drzwi otwierają się z hukiem - niosą kogoś. Pierwszy raz obawa - właściwie nic tu nie mamy, nie można podłączyć kroplówki, pompy z lekiem, wykonać EKG, żadnych badań poza poziomem cukru. Ale Akis zna pacjentkę - młoda dziewczyna, pręży się, krzyczy – „idą po mnie”, boi się, hiperwentyluje. Dopiero po iniekcji domięśniowej uspokajającego leku powoli dochodzi do siebie. Dowiadujemy się, że jest ofiarą wielokrotnego gwałtu. Akis wyjaśnia, że ma już obiecane mieszkanie w mieście, z kobietami w podobnej sytuacji, że może to pomoże uporać się z przeszłością. Dziewczynę przyniosą nam jeszcze dwa razy.

Powoli oswajamy się z pracą. Młody ojciec przynosi dziecko, może dwuletnie, rozbieram go, widzę mokre skarpetki - patrzę na niego z wyrzutem. Chyba domyślił się, o co mi chodzi i mówi coś do Akisa. Ten mi wyjaśnia, od kilku dni pada deszcz, a oni śpią w namiocie. Jest mi głupio, widzę że to troskliwy ojciec, powinnam była pomyśleć, że tu jest po prostu inaczej. Że ci ludzie bez naszej pomocy nie przetrwają.

Następnego dnia nagle przerywany przyjmowanie, hasło: landing (przypłynięcie uchodźców). Instrukcje były wyraźne - przerywamy wszystko i staramy się być jak najszybciej na miejscu. Trochę szybkiej jazdy po wąskich, greckich drogach i jesteśmy - na szczęście landing w porcie. Wszyscy działają szybko, ale spokojnie, widać że mają to już przetrenowane, widzimy wolontariuszy CESRT-u, młodych ludzi z różnych krajów Europy, którzy pomagają zmarzniętym i przemoczonym przybyszom, z worków w samochodzie dobierają czystą i suchą odzież. Sześcioro dzieci, trzy kobiety, dziesięciu mężczyzn - z Afganistanu i Iranu. Po drobnych interwencjach medycznych przyglądamy się z boku. Patrzę na mały ponton, do którego nie wsiadłabym żeby przepłynąć Mleczkę (maleńka rzeka w Przeworsku), a co dopiero wypłynąć na pełne morze, w nocy. Jaką trzeba mieć odwagę, determinację, żeby wsiąść do tego pontonu razem z dziećmi. Myślę, że oni nie mają wyboru. To walka o życie, a nie żadna imigracja ekonomiczna czy krucjata religijna. Żadna matka nie narazi życia swoich dzieci dla wyimaginowanych luksusów. Na koniec wzruszający obrazek – starsza, miejscowa kobieta idzie kołysząc się na koślawych kolanach i niesie na tacy domowe świąteczne ciasteczka i z czułością typową dla babć częstuje dzieciaki, które trochę przestraszone, ale z ciekawością zaglądają zza dorosłych - jak to dzieciaki. Idzie też stary Grek i niesie napój, policja chce go zatrzymać, ale on tylko macha ręką i podaje sok w kubeczkach.

Jesteśmy jedynym zespołem, więc pełnimy dyżur całą dobę. W nocy wzywa nas policja pełniąca służbę w hangarze. Jeździmy właściwie co noc. Nie mogliśmy nigdy odmówić, choć byliśmy bardzo zmęczeni. Nigdy nie było wiadomo, co nas spotka na miejscu - najczęściej byli to chorzy majaczący w gorączce. Raz był to młody chłopak, nie pamiętam skąd, który wieczorem przyszedł do kliniki, mówiąc, że nie może spać bo jak tylko zamknie oczy, to widzi kobietę, która wypadła z pontonu i utonęła na jego oczach. Dostał leki na sen - nie zasnął, pociął się.

Ja z kolei szybko nie zapomnę jego pustych oczu. Nawet nie drgnął, jak opatrywaliśmy jego zakrwawioną klatkę piersiową. Od kilku tygodni czeka na psychologa, może on mu pomoże…

Przyjmujemy dziesiątki osób dziennie. Właściwie każda z nich ma za sobą jakąś tragiczną przeszłość. Przemiła kobieta z dwójką niepełnosprawnych dzieci, prawie osiwiała młoda dziewczyna, kilka razy przynoszona z napadami paniki. Urocza czwórka dzieciaków w wieku od 3. do 10. roku życia, które moczą się w nocy, od czasu gdy na ich oczach powieszono ojca. Samotna młoda kobieta z Erytrei o pustych oczach - mężowi obcięto głowę, a o dzieci, których miała dwójkę, bałam się zapytać. I młody Palestyńczyk majaczący w gorączce – dlaczego mnie zostawiłaś mamo??

Często nie rozumieliśmy co oni mówią, ale widoczne cierpienie na ich twarzach mówiło więcej niż słowa.

I te dzieci, urocze i śliczne, jak wszystkie dzieci, przychodzące do nas - gorączkujące, kaszlące, zasmarkane. Ale szybko uświadomiłam sobie różnicę z naszymi dziećmi - one rzadko płakały. Przyszły mi na myśl opowieści o żydowskich dzieciach ukrywanych w czasie II wojny światowej, które instynktownie wiedziały, że nie mogą płakać, bo zdradzą miejsce ukrycia.

W obozie jest 89. Niepełnoletnich. Bez rodzin, osieroconych 89 dzieciaków, nastolatków, którzy powinni się martwić co najwyżej zadaniami szkolnymi, przeżywać swój okres buntu
i poznawać świat i siebie, a nie być w obcym miejscu, z obcymi ludźmi, powinni martwić się o pryszcze na twarzy, a nie o to, co czeka ich jutro. Mój syn bardzo zaangażował się w leczenie nastolatka z Syrii z podrapanym całym ciałem. Być może to psychogenny świąd? - chłopak był sam. Przychodziła z nim grecka opiekunka, był jednym z wielu dzieciaków oddanych pod jej opiekę. I tak mogłabym pisać dalej… Historii większości tych ludzi nie poznaliśmy. Nie było na to czasu. Czasami sami powiedzieli kilka słów, czasami widzieliśmy blizny po ranach, po torturach, z kiepskimi protezami, niedoleczonych.

Były też oczywiście miłe chwile. Niesamowita radość młodego chłopaka z astmą, gdy dostał inhalator na który czekał kilka tygodni. Cieszył się, jakby wygrał główną nagrodę na loterii.

Uśmiechy i pozdrowienia od wszystkich spotkanych ludzi, gdy w ostatnim dniu szliśmy i oglądaliśmy obóz. To było dobre, bo złagodziło szok związany z widokiem w jakich warunkach ci ludzie mieszkają i żyją na co dzień. A podobno w porównaniu z innymi obozami tu, na Chios, jest nieźle.

Grecy i Hiszpanie próbują pomóc tym ludziom, ale to miał być tylko obóz przejściowy - rejestracja
i rozsyłanie dalej. Ale coraz trudniej znaleźć dla nich miejsce. Kogo się boimy? – dziewczyny męczonej koszmarami, kobiety osiwiałej ze zmartwienia, przerażonych, okaleczonych fizycznie
i psychicznie młodych chłopaków? Jeżeli będą miesiącami przebywać w takich obozach, to rzeczywiście mogą mieć zmiany psychiczne, które wywołają problemy z adaptacją.

Nie chcę nikogo osądzać - napisałam to, co widziałam i co czuję. Jan Paweł II, Polak, chrześcijanin, papież, powiedział kiedyś: „Człowiek jest wielki nie przez to co posiada, lecz przez to, kim jest; nie przez to co ma, lecz przez to, czym dzieli się z innymi”.

Co powiedziałby nam dziś…?

Na szczęście są takie organizacje jak Polska Misja Medyczna (PMM) która współpracuje z hiszpańską organizacją Salvamento Maritimo Humanitario (SMH) i zorganizowała nasz wyjazd na Chios.

PMM od 1999 roku stara się pomóc mieszkańcom najbiedniejszych regionów świata, uchodźcom
i wszystkim zagrożonym wykluczeniem społecznym. Są Polacy: lekarze, pielęgniarki, wolontariusze, którzy poświęcają swój czas żeby choć trochę pomóc najbiedniejszym tego świata. Są ludzie, którzy w miarę swoich, niekiedy skromnych możliwości, drobnymi datkami wspierają PMM - „Kto ratuje jedno życie, ten ratuje cały świat”.