POMÓŻ NAM POMAGAĆ

PRZEKAŻ 1%TWOJEGO PODATKU
WEŹ UDZIAŁ W PMM AKCJA SOS
WPŁAĆ DOWOLNĄ KWOTĘ NA KONTO

Święta w Malawi

Święta w Malawi

W sierpniu Karolia Siwicka – lekarz ortopeda  - z mężem Piotrem i dziećmi wyjechała do Malawi. W ortopedycznym szpitalu Beit Cure w Blantyre pracuje jako wolontariuszka. PMM jest patronem tego projektu. Oto klejna relacja z Malawi:

Nie ma w Malawi wielu takich szpitali jaknasz -  gdzie dziecko przychodzące z jedną wadą postrzegane jest integralnie, jako pacjent  czasem z wieloma schorzeniami, a nie jedynie jako deformacja do „wyprostowania”.

Mali pacjenci z wadami objawiającymi się pod postacią deformacji kostnych często mają ciężkie choroby serca, kręgosłupa, innych kluczowych narządów wewnętrznych, których nikt nigdy nie diagnozował i nie leczył. Staramy się być bardzo czujni, by nic nie umknęło naszej uwadze. Równie często zdarza się, że mama przynosi kilkuletnie już, bardzo chore dziecko, np. z porażeniem mózgowym „bo ma zdeformowane stopy” a  na samym końcu wywiadu przyznaje, że   „jest inne i jeszcze nie chodzi”,, jakby nie było to zbyt istotne – przecież do nas została skierowana z powodu stopy . Nie można mieć pretensji, czy żalu ani do matek, ani do lokalnych oficerów medycznych. Pierwszym brakuje wiedzy. Zarówno dostępu do wiedzy, jak i możliwości korzystania z niej gdyby nawet była dostępna, bo często nie potrafią czytać i pisać. Drugich po prostu jest zbyt mało, by zdołać dokładnie zbadać wszystkich pacjentów. W całym prawie osiemnastomilionowym Malawi jest zaledwie kilku ortopedów i 180 ortopedycznych felczerów. Przy ogromie pracy, nie mają też jak i kiedy się dokształcać. Dla nas nie ma wymówki, że za późno, że nic się nie da…. Nam wówczas pozostaje tak niewiele czasu by zahamować deformacje, ograniczyć przykurcze i dać jeszcze szansę na rehabilitację, zaopatrzenie w ortezy i stanięcie na własnych nogach. Czasem jest jednak zbyt późno, by zacząć naukę chodzenia, a wówczas możemy pomóc choć w pielęgnacji. Ot jeden przykład, a takie sytuacje spotykają nas codziennie.

Dotychczas brakowało nam czasu nawet na krótką relację z naszych działań. Nadszedł wreszcie okres świąteczny. Teoretycznie miał być okresem spowolnienia w naszej pracy.

Teoretycznie. Większość lekarzy wyjechała do swoich krajów by spędzić czas z rodzinami. Przy znacznie ograniczonych zasobach tempo pozostałych na miejscu musiało znacznie wzrosnąć. Wielu małych pacjentów trzeba było przygotować do odesłania do domu na Święta. Nie tylko chirurgicznie – to w zasadzie stanowi najmniejszy problem,kiedy się  ma czynną salę operacyjną, generator prądu i kilka par rąk chętnych do pracy.  Pacjentowi trzeba jednak zorganizować leki, konsultacje, zmiany opatrunków i dalszą rehabilitację blisko miejsca zamieszkania, pieniądze na dojazd minibusem (zwykle to stanowi największą barierę w kontynuacji leczenia) i opiekę koordynatora zamiejscowego, który dopilnuje, by dziecko jeszcze kiedyś wróciło na kontrolę. Nie jest to łatwe, gdy rodzic musi nieść dziecko w gipsie biodrowym przez dwa dni, nim dojdzie do najbliższej drogi szutrowej, gdzie może złapać minibusa do stolicy, a stamtąd jeszcze 5-6 godzin nim dotrze do naszego szpitala…

Udało się. Choć wiele rodzin spędza w szpitalu długie tygodnie i miesiące i trudno jest zaplanować konkretną datę wypisu, logistycznie nam się udało. Oddział częściowo opustoszał, a my mamy chwilę na rodzinną wizytację  i fotorelację.

 

W oddziale pozostało tylko kilkanaście uśmiechniętych buź. Są to głównie dzieci z ramami powolnie korygującymi deformacje kończyn dolnych lub z zaostrzeniem przewlekłego zapalenia kości. W obu przypadkach mamy niewielki wpływ na tempo i przewidywalność leczenia. Zostali z nami na Święta, ale również objęci opieką duchową.

Większość rodziców bardzo się cieszyła na perspektywę przerwy w domu, choć wiemy, że wielu z nich celebrować nie będzie. Po zeszłorocznej suszy we wsiach panuje ogromny głód, trudno jest wówczas stworzyć wyjątkową atmosferę. Nasi cudowni fizjoterapeuci, jeszcze przed wypisami zorganizowali jednak przyjęcie świąteczne z poczęstunkiem i zabawą oraz obdarowali dzieci drobiazgami od darczyńców.  Choć jest to zaledwie namiastka świąt w europejskim rozumieniu, radość nie miała końca.  

Również pracownicy szpitala świętowali. Był dzień kolęd, na którym śpiewaliśmy wraz z pacjentami i ich rodzicami (również w lokalnym języku Chichewa), dzień tańców i przedstawień jasełkowych.

Pracownicy szpitala otrzymali paczki świąteczne, a w nich cukier, margarynę, olej, mąkę, mydło do prania, świece i wiele, wiele innych najpotrzebniejszych rzeczy, w sumie kilkanaście kilogramów radości.

Nam trudno za oknem szukać aury bożonarodzeniowej. Na szczęście kilka dni temu padało srogo, zrobiło się szaro, ponuro i -  gdyby nie temperatura za oknem - niemalże przedświątecznie. Dzięki obfitym, choć nie wyniszczającym deszczom  w tym roku kukurydza dobrze rośnie, może najbliższy plon będzie obfitszy, a kolejny rok przychylniejszy dla mieszkańców.

Morze potrzeb. Pieniądze szczęścia nie dają, ale nawet szpital misyjny musi twardą walutą zapłacić za leki, opatrunki i implanty, zmaga się z szybującymi cenami żywności oraz współodczuwa wady systemu (braku wody, prądu i przychylności władz).

Potrzeby są nieskończone, równie nieskończone, jak radość dziecka, które po kilkunastu latach cierpienia związanego z chodzeniem na grzbiecie zdeformowanych stóp, po raz pierwszy staje na własnych podeszwach i piętach!  Już sama nadzieja uszczęśliwia, choć oczekiwanie na nowe stopy bywa bardzo bolesne i długotrwałe. 

Staramy się zdobyć fundusze aby podłączyć szpital do priorytetowej linii energetycznej, takiej, która zapewnia ciągły dostęp prądu i zaoszczędzi milionów Kwacha wydawanych na paliwo do generatora. Bywa, że generator pracuje 20 godzin na dobę, ale lokalne władze nie pomagają w naszych staraniach. Staramy się zdobyć ogrzewacz solarny do wody, by zaoszczędzić na rachunkach w pralni i sali operacyjnej. Potrzebujemy odwiercić studnię, bo szpital przez kilka dni odcięty od miejskiej wody, staje się niebezpieczny, a zabezpieczenie w wodę z beczkowozów również znacznie obciąża roczny budżet. Przecieka dach, grożąc zawaleniem, a sezonowy ciek wodny podmywa nam budynek fizjoterapii. Każdy nadprogramowy wydatek to mniejsza ilość zoperowanych maluchów i mniejsze dotacje do dożywiania. Dożywianie dziecka i rodzica wraz z leczeniem przeciwmalarycznym znajduje się na liście priorytetów szpitala.

Staramy się dostarczyć z Polski kontener z zaopatrzeniem ortotycznym. Po raz kolejny pogrążyły nas koszty. Potrzebujemy również ortopedy dorosłych, który pomógłby raz/kilka razy do roku zająć się traumatologią, alloplastyką i artroskopią. Poza działaniami czysto charytatywnymi, kilkanaście procent potrzeb oddziału dziecięcego udaje się pokryć z tzw. operacji prywatnych. Nieliczni dorośli mieszkańcy Malawi posiadają ubezpieczenia zdrowotne i są w stanie opłacić leczenie, zgodnie z dewizą „Adults pay fee so children can walk free”. Najdorobniejsze działania komercyjne przynoszą ulgę szpitalowi w starciu z twardą ekonomią na zewnątrz szpitala.

Jeśli w rozliczeniu podatkowym za ten rok mielibyście się minąć z progiem podatkowym, albo po prostu zdać sobie sprawę, że dzięki czasem niewielkiemu wyrzeczeniu, komuś moglibyście podarować nowsze, lepsze nogi czy ręce - możecie wspomóc naszą pracę za pośrednictwem Polskiej Misji Medycznej.

Niezależnie od niedostatków szpitala działamy, pracujemy,  coraz więcej maluchów odsyłamy do domów z szansą na życie bliższe normalności. Pozdrawiamy międzyświątecznie Karolina, Piotr Emiko i Roman.